text
stringlengths
5
72
wiaderko. Dopiero na drugi dzień wieczorem przyszedł do nas wujek
i powiedział, że akcja skończona.
Po akcji podzielono dzielnicę na dwie części: dla zatrudnionych i nie
zatrudnionych. Myśmy zostali na dzielnicy pracujących, chociaż ojciec
nie dostał zatrudnienia. Musiał się tam ukrywać, aby komendant obo-
zu pracy w ghetcie nie widział nas. Był to Niemiec, SS-owiec.Dzieciom
1) zydowska słurzba porzqdkowa.
- 3 -
nie wolno było znajdować się na dzielnicy dla pracujących i dlatego
wychodziłyśmy na ulicę tylko wtedy, gdy nie było komendanta w dziel
nicy.
W dzielnicy dla pracujących była orkiestra żydowska, był mały chór
i był balet żydowski. Występowali oni przed Niemcami, a gdy komen-
danta nie było, ćwiczyli i grali dla Żydów, którzy "rządzili w ghet-
cie". Mieli własny lokal i ja czasami wykradałam się z domu i cho
dziłam tam słuchać muzyki i śpiewu. Śpiewała Haubenówna Janka, a tań
czyła Stegmanówna.
Dnia 2 i 3 września 1943 r. była trzecia akcja w ghetcie.
Tatuś już wcześniej wiedział, że będzie akcja i ukrył nas w kryjów
ce. Znajdowała się ona nad izbą strychową, a wchodziło się do niej
tej kryjówki przez otwór w dachu, a potem blachę na dachu się wsu-
wało, by nic poznać nie można. Było nas tam 18 osób. Między innymi
uratował się tam Samuel Hauben, którego za kilka dni zastrzelił
strażnik, który patrolował pod płotem otaczającym ghetto. Hauben
kradł rzeczy z mieszkań opuszczonych w czasie akcji przez Żydów
i zamieniał te rzeczy pod płotem na żywność u handlarzy chrześ-
cijańskich. Za to za każdym razem dawał strażnikowi (który był po-
przednio żołnierzem sowieckim) 50 złotych. Jednego razu dał mu tylko
10 złotych i wtedy strażnik zastrzelił go, wepchnął mu owe 10 zł. do
ust, a trupa obrabował.
Po tej akcji dowiedzieliśmy się, że będzie się likwidowało ghetto
i że wszystkich Żydów wywiozą. Wobec tego postanowili rodzice
ukryć się w mieście u jednej znajomej Polki, z którą tatuś się
wcześniej umówił.
Mamusia z siostrą wyszły wcześniej, a ja i tatuś mieliśmy wyjść
następnego dnia. Jednak już było za późno, gdyż następnego dnia ra-
no rozpoczęła się akcja. Tatuś i ja ukryliśmy się znowu w tej sa-
mej kryjówce. Tym razem było tam 20 osób. Inni ludzie chcieli także
- 4 -
wejść, ale tatuś nie pozwolił, bo nie było miejsca i sufit pod na-
mi nad pokojem strychowym groził zawaleniem. Wobec tego Żydzi, któ-
rzy nie weszli, zagrozili, że jeżeli ich Niemcy wykryją, to oni nas
wydadzą.
I tak też zrobili.
Następnego dnia przyszli żołnierze niemieccy, wleźli po drabi-
nie na dach i poczęli bić nad naszą kryjówką siekierami i wołać
"Heraus". Wszyscy wówczas wyszli, tylko tatuś, ja i jedna Żydówka
Feuerowa zostaliśmy. Schowaliśmy się pod pierzyny, ale Niemiec
zobaczył przez otwór w dachu nogi ojca wystające spod pierzyny
i strzelił tak, iż zranił tatusia w obie nogi i krew poczęła mu
się lać z ran.
Ja nastraszyłam się krzyku Niemców i krzyczałam do ojca, by wyszedł
i ojciec wyszedł na dach ze mną. Stąd poszliśmy na dół. Niemcy pchali
ojca i kopali. Gdyśmy już mieli wyjść z kamienicy, ojciec zobaczył
na podwórzu Żydów stojących z rękami do góry i wtedy ojciec
skręcił do piwnicy. Niemcy byli wtedy na I-ym piętrze i na podwó-
rzu. W piwnicy schowaliśmy się, zasłaniając się dyktą, która tam
stała. Zarzutkę, którą ojciec miał w ręku, rzucił do sąsiedniej
piwnicy.
Niemcy przeszukali za nami cały dom i byli w piwnicy, lecz dykty
nie poruszyli. Natomiast w drugiej piwnicy, gdzie znaleźli zarzutkę,
szukali dokładnie i nawet kopali.
W piwnicy siedzieliśmy do nocy, a później ojciec ranny w obie nogi
powlókł się na czworakach do mieszkania i zmył wodą rany. W nocy
przyszedł do nas wujek i przywołał lekarza, dr Schattnera, który
obandażował tatusiowi nogi.
Wujek kazał nam się ukryć, gdyż Niemcy chodzą od domu do domu
i wysadzają bunkry, lecz ojciec nie mógł wstać i pozostał w łóżku.
Następnego dnia przyszli Niemcy i wysadzili w tej kamienicy, gdzieś
- 5 -
my mieszkali, bunkry w piwnicy i na strychu, lecz do naszego miesz-
kania nie weszli i tak znowu uratowaliśmy się. Ja wtedy ukrywałam s
się pod szafą, a ojciec ukrył się pod pierzyną. Było to w kamienicy
przy ul. Iwaszkiewicza 26.
Następnego dnia tatuś wyszedł ze mną w nocy po kryjomu z ghetta
i ukryliśmy się u jednej pani Polki w Przemyślu, gdzie mamusia mia-
ła na nas czekać. Jednak nie zastaliśmy mamusi już tam, gdyż wróciła
do ghetta dowiedzieć się, co się z nami stało. Po drodze do ghetta
spotkał ją wywiadowca policyjny Polak, który zabrał mamusi wszyst-
kie pieniądze i biżuterię. Gdy z getta mamusia wracała, spotkali
ją policjanci ukraińscy i odprowadzili do komendanta getta, SS-ow-
ca Schwambergera, który mamusię i siostrę moją zastrzelił. Ja i
tatuś ukrywaliśmy się u tej pani aż do nadejścia Sowietów.
(Archiwum zeznan O.Z.F.H. L.884/II).
Fajnsztadt Wlf ur. 15. 11. 1919 w Lublinie. Ojciec Mojżesz,
matka Chana Mendelewicz. Mieszkał przed wojną w Ostrowcu.
Obecnie: Będzin, ul. Potockiego 9.
Partyzantka
Przebywałem w partyzantce od 26 lipca do 17 stycznia 1945 r.
Przed wstąpieniem do partyzantki byłem w lagrze w Ostrowcu kie
leckim.
W lutym 1943 r jeszcze w gheciezorganizowali chłopcy zorganizo
wali napad na komendanta milicji żydowskiej i zabraliśmy mu 40
w złocie, za które kupiliśmy broń. Za tę walutę uzyskaliśmy 36. ts
zł. i zakupiliśmy 12 rewolwerów. Na razie siedzieliśmy w ghecie.
17 z naszych chłopców poszło do Kunowa, by się tam ukryć na ary
jskich papierach, ale akowcy ich zabili. Także ci sami podrzuci
li granat do bunkru, w którym siedzieli nasi koledzy, i wszyscy
wtedy zginęli. Na skutek tego nasza akcjaw ghecie została wstrzy
mana do marca 1944 r. Było nas na początku 47 członków, zostało 30.